Świetni piłkarze i mierni trenerzy.

Którzy zawodnicy nie sprawdzili się w roli szkoleniowców?

Tuż przed weekendem w sportowych mediach gruchnęła informacja, że na ławkę trenerską wraca Thierry Henry. Legendarny francuski napastnik podejmie pracę w Montrealu Impact (pozdrowienia dla Mateusza Borka) i będzie przygotowywał tę drużynę do nowego sezonu Major League Soccer. Poprzednia samodzielna przygoda Henry’ego w AS Monaco nie była ani zbyt długa, ani specjalnie udana, więc może po drugiej stronie oceanu bardziej mu się poszczęści. A może niekoniecznie
i okaże się, że kolejny były piłkarz nie potrafi w trenerkę?

Duże nazwisko – duży klub

Oczywistym jest, że znani piłkarze, którzy decydują się kontynuować przygodę z piłką poprzez zawód trenera mają łatwiejszy start. Nie ulega wątpliwości, że zwykły trener po kursach ma nieporównywalnie mniejsze szanse na rozpoczęcie pracy w uznanym klubie rangi europejskiej. Mimo że wielokrotnie już udowadniano, że ktoś kto kiedyś znakomicie kopał piłkę, nie musi wcale dobrze spisywać się w roli szkoleniowca – dalej aktualna jest moda na ex-piłkarzy.

Weźmy takiego Henry’ego. Monaco już przez długi czas mocno dołuje. Drużyna, która nie tak dawno święciła mistrzostwo Francji, niedługo potem biła się o utrzymanie w Ligue 1. Włodarze klubu wpadli na wspaniały pomysł zwolnienia trenera, który wspomniany tytuł wygrał. Mało tego zastąpili go świeżakiem, który jedyne co miał wpisane w trenerskim CV to bycie asystentem selekcjonera w reprezentacji Belgii.

wietni-piłkarze-i-mierni-trenerzy-Thierry-Henry Świetni piłkarze i mierni trenerzy.

Abstrahując od tego jak absurdalny był to pomysł, to zastanówmy się, w jakiej rzeczywistości prezes uznanego klubu decyduje się na zastąpienie doświadczonego menadżera jakimś nowicjuszem bez obycia. Nie chcę być źle zrozumiany. Doceniam osiągnięcia piłkarskie Henry’ego. Nie może być inaczej, bo jestem jego fanem i lubię wracać do czasów, gdy grał
w Arsenalu. Niestety gdyby nie nazwisko i fakt, że prawdziwe granie zaczynał w tym klubie, nigdy nie dostałby pracy w AS Monaco.

Całe szczęście, że drużyna z Księstwa szybko się zorientowała, że zatrudniła Thierry’ego jako gościa, który w trakcie meczu stoi obok boiska, a nie po nim biega (śmiem twierdzić, że efekt tego drugiego byłby znacznie lepszy). W przeciwnym wypadku Czerwono-Biali spadliby do drugiej ligi. Prezes Vassiljew wybłagał o powrót Jardima i wszystko dobrze się dla niego skończyło. Teraz Monaco stacjonuje sobie w środku tabeli ligi francuskiej i prędko nie zostanie oddane pod opiekę byłemu zawodnikowi. Choćby nie wiem jak dobremu.

Mistrzowie w tym fachu

Pierwszy na myśl, jeśli chodzi o zatrudnianie byłych graczy na najważniejsze stanowisko w klubie, przychodzi A.C. Milan. Nie ten wielki Milan, który siał postrach w Europie i wygrywał puchar za pucharem. Chodzi o ten Milan, który zostawił po sobie Massimiliano Allegri, gdy odszedł do Juventusu. Od tego czasu Rossoneri zaczęli kombinować z klubowymi ikonami. Kolejno próbowali Clarence Seedorf i Filippo Inzaghi. Obaj bez poważnego doświadczenia szkoleniowego. Obaj zatrudnieni za zasługi. Obaj zwolnieni szybciej niż planowali. Seedorf wytrzymał pół roku, a Inzaghi rok. Nie najlepszy początek na menadżerską przygodę.

Holender już udowodnił, że nie był to przypadek i kompletnie się do zawodu nie nadaje. Później prowadził klub Shenzen FC w lidze chińskiej, ale tylko w 13 spotkaniach. Następnie wzięło go Deportivo La Coruna, gdzie uzyskał zabójczą średnią 0,75 punktu na mecz i też prędko wyleciał. Ostatnia nabrała się na niego reprezentacja narodowa Kamerunu, gdzie w najlepszym wypadku można powiedzieć – szło mu średnio. Ogólnie prowadził cztery drużyny, a średnio utrzymywał się przez pół roku w każdej. Okazało się, że okres w Mediolanie był najlepszym w czasie jego krótkiej przygody z menadżerką. To równie dobre podsumowanie, co złe świadectwo dla Seedorfa. Jedno jest pewne, wolałbym go zapamiętać tylko z boiska.

wietni-piłkarze-i-mierni-trenerzy-Thierry-Henry Świetni piłkarze i mierni trenerzy.

Były napastnik reprezentacji Włoch po fiasku na San Siro postanowił poszukać szczęścia na niższych szczeblach rozgrywkowych. Wygrał Serie C z Venezią i z dobrej strony pokazał się z tym klubem również na zapleczu elity. Chyba spowodowało to, że znów za bardzo w siebie uwierzył, bo zamiast zostać i dalej zdobywać doświadczenie, pokusił się o powrót do Serie A i klubu z Bolonii. Bologna FC była jego pracodawcą przez niewiele ponad poł roku. Inzaghi po serii 14 meczów bez zwycięstwa i porażce 0:4 ze SPAL został zwolniony i musiał opuścić Stadio Renato Dall’Ara.

Obecnie „Urodzony na spalonym” znów odbudowuje swoją pozycję w Serie B. Tym razem prowadzi Benevento, które na tę chwilę zajmuje 1.miejsce. Może za jakiś czas zobaczymy go znowu w najwyższej lidze i tym razem będzie gotowy na rywalizację z najlepszymi ekipami we Włoszech. Oby się nie okazało, że stworzony jest tylko do trenowania zespołów z niższych lig, ale cóż. Lepsze to niż jego wcześniej wymieniany boiskowy kolega.

Władze Milanu najwyraźniej wyznają zasadę: „do trzech razy sztuka”. Postanowili bowiem wrócić do klucza wybierania byłej gwiazdy na trenera. Do akcji wszedł Gennaro Gattuso i trzeba mu oddać, że z całej trójki to on spisał się najlepiej. Może nie awansował do Ligi Mistrzów, ale umówmy się – z takim składem ciężko o sukces tego kalibru. Według szefostwa nie stanął jednak na wysokości zadania i po sezonie 18/19 mu podziękowano. Włosi chyba nieprędko uczą się na błędach, bo wśród nazwisk potencjalnych następców Gattuso wymieniano m.in. Adrieja Szewczenko. Fanom Milanu pozostaje życzyć mnóstwa cierpliwości…

Wrzućmy legendę na stołek i jakoś to będzie

Minął już prawie rok, odkąd Ole Gunnar Solskjaer zastąpił Jose Mourinho w Manchesterze United. Pierwsze miesiące były wspaniałym okresem zarówno dla Norwega, piłkarzy jak i kibiców. Zdecydowano, że przestanie pełnić funkcję tymczasowego trenera i zaproponowano mu trzyletnią umowę na stałe. W marcu 2019 roku wydawało się to jak najbardziej rozsądną decyzją. Zastanawiające było tylko to, dlaczego Ed Woodward tak długo zwlekał z tą decyzją. Niestety od tej pory Solskjaerowi nie szło już tak dobrze.

Manchester znacznie obniżył loty. Zakończył sezon na 6. miejscu, ale „Zabójca o twarzy dziecka” był pewny, że dostanie czas na przygotowanie zespołu do nowej kampanii. Czas dostał, ale przygotował go – mówiąc delikatnie – raczej kiepsko. W przerwie międzysezonowej pozbył się Alexisa Sancheza i Romelu Lukaku, a teraz mówi się, że największym problemem United jest brak napastnika. Ironia losu. O ile Chilijczyk to jeden z największych niewypałów transferowych ostatnich lat, to belgijski gigant był postacią mocno niedocenianą i bardzo przydałby się na Old Trafford.

Czerwone Diabły zajmują 7. lokatę i teoretycznie mogą jeszcze wyjść na prostą. Obecnie jednak równie blisko mają to miejsca gwarantującego grę w Lidze Mistrzów, co do strefy spadkowej.
W obu przypadkach dzieli ich różnica ośmiu punktów. Trochę słabo biorąc pod uwagę aspiracje tak dużego klubu. Rozsądek każe dać jeszcze czas byłemu napastnikowi sir Alexa Fergusona. W końcu zaraz może się okazać, że kolokwialnie mówiąc Solskjaerowi zacznie „żreć”. Z drugiej strony wydaje się, że najlepszy okres już ma za już sobą i teraz może być co najwyżej średnio.

wietni-piłkarze-i-mierni-trenerzy-Thierry-Henry Świetni piłkarze i mierni trenerzy.

I tu pojawia się mój dobry kolega, który jest zapalonym kibicem Manchesteru. Po remisie 1:1
u siebie z Liverpoolem i ograniu 3:1 przedostatniego w tabeli Norwich rozpierała go duma i musiał podzielić się na forum swoimi odczuciami co do osoby pana z ławki trenerskiej. Parafrazując – United idzie powoli w dobrym kierunku, a Solskjaer jest dobrym trenerem. Już wtedy wywołało to niemały śmiech. Długo nie potrwało, zanim można było tego zdania użyć przeciwko niemu, bo kilka dni później lepsze okazało się być Bournemouth.

Prawdopodobnie jeśli Ole Gunnar znów zajmie miejsce poza czołową czwórką, nie pozwolą mu wypełnić do końca jego kontraktu. Być może nawet nie dotrwa do końca sezonu, ale póki co ma oficjalnie pełne wsparcie ze strony klubu. Pewne jest to, że jak najbardziej zasługuje, by znaleźć się w tym zestawieniu i zaliczać się do grona znakomitych zawodników, którzy niespecjalnie sprawdzają się po drugiej stronie linii bocznej.

Będąc w temacie Teatru Marzeń

Ze złotej generacji Fergusona trenerką nie zajął się tylko David Beckham. Nicky Butt opiekował się młodzieżówką Manchesteru, ale szybko zorientował się, że to nie dla niego. Ryan Giggs tymczasowo prowadził pierwszy zespół, gdy zwolniony został Louis van Gaal. Niestety nie miał tyle szczęścia, co jego kolega Ole i nie dane mu było zostać na dłużej. Teraz jako selekcjoner kadry Walii stara się o awans na Euro 2020, ale to nie takie proste zadanie. Może gdyby założył korki, Walijczycy byliby pewni udziału w mistrzostwach Europy?

Paul Scholes zaczął w tym roku pokornie od pracy w czwartoligowym Oldham Athletic. Funkcję trenera piastował niewiele ponad miesiąc. Pod jego wodzą klub odniósł jedno zwycięstwo, trzy razy remisował i trzykrotnie schodził z boiska pokonany. Po tym czasie Scholes zrezygnował
i podejrzewam, że szybko na ławkę nie wróci. Ostatnimi, którzy zaliczają się do grona „Class of 92” są bracia Neville’owie, którzy też sparzyli się na prowadzeniu drużyny.

Przez cztery miesiące w środku sezonu 15/16 prowadzili wspólnie hiszpańską Valencię. Gary jako menadżer, a Phil jako jego asystent. Efekt? Odpadnięcie w 1/8 finału Ligi Europy z Bilbao, dojście do półfinału Pucharu Króla i porażka w dwumeczu z Barceloną 1:8 i seria 10 meczów bez zwycięstwa w La Lidze. Ogólny bilans spotkań to 28 spotkań, 10 wygranych, 7 remisów i 11 porażek, więc ogólnie rzecz biorąc bez szału. Gary Neville o wiele lepiej spisuje się jako telewizyjny ekspert i w roli szkoleniowca prędko go nie zobaczymy.

Nie dla wszystkich gra w piłkę, nie dla wszystkich prowadzenie zespołu

Oczywiście nie jest zasadą, że każdy kto kiedyś wybitnie grał w piłkę, poniesie porażkę jako trener. Wystarczy wspomnieć takie postaci jak Josep Guardiola czy Zinedine Zidane (chociaż ten drugi
w moim przekonaniu po prostu trafił na złoty okres Realu, co widać w obecnym sezonie). Oni odpowiednio długo przygotowywali się do tego zawodu i nie zostali wrzuceni na głęboką wodę. Łatwiej mieli oczywiście jeśli chodzi o start. Nie przypominam sobie, żeby wcześniej w Realu czy Barcelonie powierzano rolę trenera osobom, które wcześniej prowadziły tylko rezerwy i drużyny młodzieżowe.

wietni-piłkarze-i-mierni-trenerzy-Thierry-Henry Świetni piłkarze i mierni trenerzy.

Tak czy inaczej zarówno Blaugrana jak i Królewscy świetnie wyszli na zaufaniu swoim byłym wyśmienitym piłkarzom. Z pewnością dla wielu klubów będzie to wyznacznik i dalej będziemy widywać piłkarzy na stanowiskach trenerów. Bardziej niż na nazwisko powinno się mimo wszystko patrzeć na kwalifikacje kandydata i z tym nie ma co nawet podejmować dyskusji. Oby tylko piłkarze za wszelką cenę nie próbowali udowodnić, że znają się na tym fachu najlepiej. Ewentualnie w porę odpuszczają, jak np. Paul Scholes. A Thierry’emu Henry’emu oczywiście życzę, by spisał się w USA lepiej niż w Monako.