Overachievers, czyli jak przekroczyć oczekiwania

Sukcesy małych krajów na wielkich turniejach

Na wielkich imprezach z reguły królują faworyci. Hiszpania, Brazylia, Niemcy czy Francja są wymieniani w gronie kandydatów do trofeum przy każdej nadarzającej się okazji. Są także ekipy, które co rusz zapowiadają o włączeniu się do walki o najwyższe cele, jak na przykład Anglia lub Holandia. To są jednak wciąż reprezentacje o sporym potencjale, a jest wielu chętnych, chcących choć na chwilę usiąść przy stole z tymi największymi.

Zdarzało się, że zespoły na które nikt nie stawiał zachodziły bardzo daleko, a nawet wracały do domu jako mistrz. Wiele osób lubi, gdy nieoczywistym drużynom dobrze idzie. Zwłaszcza na imprezach o światowej renomie. Skupmy się jednak na czasach, gdy futbol był najbardziej zbliżony formą do obecnej. Skoro przed rokiem 90. dozwolone było łapanie przez bramkarza podania od swojego kolegi, a przepis o spalonym wyglądał nieco inaczej, to postanowiłem, że nie warto brać wcześniejszych turniejów pod uwagę. Mistrzostwami, od których trzeba zacząć jest Euro w Szwecji w 1992 roku.

Ostatnie ośmiozespołowe mistrzostwa

Pierwsza tego typu impreza sportowa po przemianach politycznych w 1989 roku. Na Euro ‘92
w Szwecji po raz pierwszy od wielu lat można było zobaczyć zjednoczoną reprezentację Niemiec. Jako że w grudniu 1991 roku rozwiązano Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich, ich drużynę zastąpiła Wspólnota Niepodległych Państw. Najważniejszą jednak zmianą, jak się miało później okazać, było wykluczenie z rozgrywek Jugosławii, która prowadziła działania wojenne na terenie Bośni. Jej miejsce zajęła Dania, która nie zakwalifikowała się do rozgrywek poprzez eliminacje, bo zabrakło jej jednego punktu.

1982-Dania-Anglia Overachievers, czyli jak przekroczyć oczekiwania

Wtedy nikt nie spodziewał się, że to początek jednej z najbardziej romantycznych historii
w sporcie. Trener Richard Nielsen mówił, że kadra nie była na to przygotowana, ale dziś już wiadomo, że to nie do końca prawda. Piłkarze znajdowali się na zgrupowaniu w Kopenhadze, będąc ciągle w rytmie meczowym, a przed sobą mając kilka spotkań towarzyskich. Co prawda oficjalna decyzja zapadła na 10 dni przed turniejem, ale jeden z duńskich bohaterów Kim Vilfort podkreślił, że zawodnicy byli świadomi, że coś takiego może się zdarzyć.

W grupie A trafili na Anglików, Francuzów oraz na gospodarzy – Szwedów. Trzeba przyznać, że niełatwy zestaw, ale w pierwszym spotkaniu z Anglią uzyskali bezbramkowy remis. Dali więc jasny sygnał, że nie przyjechali na wakacje i tanio skóry nie sprzedadzą. Szwecja również zremisowała z Francją, więc sytuacja w tabeli była cokolwiek patowa. W drugiej serii spotkań znów nastąpił podział punktów, tym razem między Anglią i Francją. Gospodarze zaś wysunęli się na prowadzenie, pokonując skromnie Duńczyków 1:0.

Ostatnie miejsce w grupie i żadnej bramki strzelonej. Rywale też nie powalali, ale Dania miała jako pierwsza wrócić do domu. Tymczasem w ostatniej kolejce, pod koniec meczu wbili Francuzom dwa gole i wygrali 2:1. Dodatkowo Anglicy ulelgi Szwecji i to oni pożegnali się z turniejem,
a Duńczycy awansowali do półfinału. Tam czekali na nich zwycięzcy grupy B i jednocześnie obrońcy tytułu – Holendrzy. Bergkamp i jego kompani ograli Szkocję oraz Niemców, remisując przy tym tylko z Wspólnotą Państw Niepodległych. Do tego stracili tylko jedną bramkę, więc oczywistym było, że to oni muszą wejść do finału.

Nie musieli. Choć spotkanie było zacięte, zwycięsko wyszła z niego Dania. Podopieczni Nielsena dwukrotnie wychodzili na prowadzenie za sprawą Henrika Larsena i dwa razy wymykało im się ono z rąk. Najpierw do remisu doprowadził Dennis Bergkamp, a w końcówce gola strzelił Frank Rijkard. W serii rzutów karnych reprezentacja Danii była bezbłędna, zaś pomylił się król strzelców poprzednich mistrzostw Europy i gwiazdor A.C. Milan – Marco van Basten. W drugim półfinale Niemcy okazali się lepsi od Szwedów i to z ówczesnymi mistrzami świata miała zmierzyć się Dania w wielkim finale.

Ostatni mecz rozgrywano w Goteborgu, czyli tam gdzie obie drużyny grały przeciwko Holendrom. Różnica była taka, że Dania pokonała Oranje, a Niemcy musieli uznać ich wyższość. Stadion Ullevi stał się talizmanem szczęścia dla Petera Schmeichela i przekleństwem Jurgena Klinsmanna. Duńczycy pokonali Niemców 2:0 dzięki bramkom Johna Jensena oraz Kima Vilforta i sięgnęli nieoczekiwanie po tytuł mistrzów Europy. Sensacja stała się faktem, a Euro 1992 przeszło do historii.

Niespełniony sen na Wembley

Cztery lata po triumfie duńskiego dynamitu Euro organizowano w Anglii. Jak głosiło hasło mistrzostw, futbol wracał do domu. Jednocześnie było to pierwsze Euro, który rozszerzono do 16 drużyn. Po raz pierwszy też po rozwiązaniu Czechosłowacji w turnieju finałowym udział wzięli Czesi. Wtedy nikt nie oczekiwał od nich cudów, tym bardziej, że trafili do bardzo trudnej grupy. Niemcy, którzy zawsze należą do faworytów. Włosi, czyli wicemistrzowie świata z roku ’94. Rosja, niepokonana w eliminacjach.

Przeciwnicy z wysokiej, jeśli nie najwyższej półki. Czechy otwierały turniej meczem z Niemcami na Old Trafford w Manchesterze i nie było to udane otwarcie. Wicemistrzowie Europy wygrali pewnie 2:0 i zameldowali się na piewszym miejscu w grupie. Włosi na Anfield ograli 2:1 Rosję, więc uplasowali się tuż za Niemcami. To właśnie na stadion Liverpoolu wybrali się Czesi, by zmierzyć się ze Squadra Azurra. Tam powiodło im się zdecydowanie lepiej, bo niespodziewanie wygrali 2:1. Na gole Nedveda i Bejbla przeciwnicy odpowiedzieli tylko trafieniem Chiesy
i wszystko miało się rozstrzygnąć w ostatniej serii spotkań. W najlepszej sytuacji byli Niemcy, którzy rozgromili Rosjan 3:0, chociaż ci drudzy też nie byli bez szans na awans.

Przede wszystkim Rosja musiała wygrać z Czechami i liczyć na kolejne zwycięstwo Niemców
z Włochami. Wydawało się, że Rosjanie zaprzepaścili swoją szansę, bo do przerwy przegrywali 0:2. W drugiej odsłonie udało im się jednak strzelić trzy gole i na pięć minut przed końcem meczu to oni prowadzili. W samej końcówce meczu wyrównującą bramkę zdobył Vladimir Smicer i dzięki bezbramkowemu remisowi Włochów, wysłał tym samym swój kraj do ćwierćfinału. Anfield okazało się szczęśliwe dla Czechów i Smicera, który wtedy jeszcze nie wiedział, że wróci do Liverpoolu jako piłkarz The Reds.

W ćwierćfinale czekała Portugalia, która najpierw wygrała grupę eliminacyjną, a potem zajęła 1. miejsce w grupie D z Chorwacją, Danią i Turcją. W tamtej reprezentacji grali i strzelali bramki dobrze znany polskim kibicom Ricardo Sa Pinto oraz lepiej znany kibicom na całym świecie Luis Figo, wtedy piłkarz FC Barcelony. Czesi mieli za to w swoich szeregach piłkarza, który na szerokie wody dopiero miał wypłynąć. Karel Poborsky strzelił jedynego gola w spotkaniu z Portugalią na Villa Park, przez co Figo musiał jechać do domu.

W meczu półfinałowym Czechy miały grać ponownie na Old Trafford, gdzie cała ich przygoda się zaczęła. Tam też miała się zakończyć, bo ich rywalem była Francja. Francuzi wygrali grupę mając za przeciwników Hiszpanię, Rumunię i Bułgarię, a w ćwierćfinale wyeliminowali Holendrów po rzutach karnych. O ich losach ponownie zadecydował konkurs jedenastek, ale tym razem go przegrali. Czesi bezbłędnie wykonali sześć strzałów, a pomylił się Reynald Pedros i to nasi południowi sąsiedzi zapewnili sobie przepustki do wielkiego finału na Wembley.

Na tym samym Wembley kika godzin później wyłoniono drugiego finalistę. Niemcy również po karnych pokonali Anglików i odarli gospodarzy z marzeń o złotym medalu na własnym terenie. Skoro Czesi dotarli tak daleko, nikt nie śmiał podważyć ich szans w starciu z Die Mannschaft.
Nasi zachodni sąsiedzi drugi raz z rzędu stawali do walki w finale Euro i drugi raz z rzędu przeciwko rewelacji rozgrywek. Widmo kolejnej porażki w najważniejszym meczu zajrzało Jurgenowi Klinsmannowi w oczy. Zajrzało jeszcze głębiej, gdy w 59. minucie rzut karny na gola zamienił Patrik Berger.

Dziesięć minut później na boisku pojawił się jednak zawodnik, który miał wszystko odmienić. Oliver Bierhoff zaraz po wejściu wyrównał stan meczu i tym samym doprowadził do dogrywki. Wtedy obowiązywała zasada złotej bramki i tą również zdobył Bierhoff. Piłkarz Udinese po pięciu minutach indywidualną akcją zakończył to spotkanie i sprawił, że złote krążki zawisły na szyjach Niemców. Czesi wrócili do domu ze srebrem, ale i z podniesioną głową. Magiczny sen trwał bardzo długo, a że nie spełnił się do końca to nic. Tytuł wicemistrzów kontynentu i tak brzmi dumnie.

Bez sukcesu, ale wciąż robi wrażenie

W roku 2000 mistrzostwa Europy w Belgii i Holandii obyły się bez czarnego konia. Warto jedynie wspomnieć o wyczynie Rumunii, która dotarła do ćwierćfinału, jednak w tamtym okresie była mocną reprezentacją. Mimo wszystko Rumuni trafili do grupy śmierci z Portugalią, Niemcami i Anglią, więc fakt, że to oni z niej wyszli nie może przemknąć bez echa. No i styl w jakim wyrzucili Anglików z turnieju też wymaga zaznaczenia.

Rumuni zremisowali 1:1 z Niemcami w meczu otwarcia i można było uznać to za sukces, bo punkt zdobyty z obrońcą tytułu zawsze trzeba szanować. Szkoda, że był to jedyny punkt i jedyny gol Niemców na tym turnieju. Pozostałe spotkania przegrali i wrócili do domu. Jedyny pozytyw dla nich to, że nie mieli daleko. Rumunia miała podzielić ich los, bo przez straconą bramkę w 90. minucie przegrali 0:1 z Portugalią.

1982-Dania-Anglia Overachievers, czyli jak przekroczyć oczekiwania

Zadecydowało starcie w Charleroi z Anglikami, którzy mieli trzy punkty na koncie i wystarczył im remis do wyjścia z grupy. Wynik meczu otworzył jednak Christian Chivu i to faworyci musieli gonić. Na swoje szczęście mieli w ataku duet Owen – Shearer i dzięki nim wyszli na prowadzenie jeszcze przed przerwą. Tuż po zmianie stron wyrównał Dorinel Munteanu z Wolfsburga, ale to wciąż było za mało, by myśleć o awansie. Rumunom poszczęściło się w samej końcówce, gdy otrzymali rzut karny od sędziego, a z jedenastu metrów nie pomylił się napastnik Stuttgartu Ionel Ganea.

Niestety w ćwierćfinale trafili na piekielnie mocnych Włochów, którzy z Di Baggio, Del Piero, Tottim i Inzaghim w składzie zgarnęli komplet punktów w grupie. To właśnie po bramkach dwóch ostatnich pokonali Rumunię 2:0. Ostatecznie stali się wicemistrzami Europy, bo w półfinale pokonali równie silną Holandię, a w finale pechowo przegrali z mistrzami świata – Francuzami.

Gra obronna kluczem do zwycięstwa

Pierwsze mistrzostwa Europy, które jako tako pamiętam, to te w 2004 roku rozgrywane
w Portugalii. Gospodarze przegrali na nich mecz otwarcia 1:2 z Grekami. Było to jedyne spotkanie grupowe, które Grecja wygrała i jedyne w całym turnieju, w którym strzeliła więcej niż jednego gola. Ich taktyka z eliminacji się nie zmieniła, bo tam w ośmiu meczach strzelili tylko osiem bramek, a mimo to zajęli pierwsze miejsce, nawet przed Hiszpanią.

Los chciał, że z zawodnikami z półwyspu Iberyjskiego byli też w grupie na Euro. Wtedy narodziła się legenda Charisteasa, który odpowiedział na gola Morientesa i dał remis 1:1 pozwalający dalej liczyć się w grze o awans. Hiszpanie polegli w ostatnim meczu z Portugalią i Grecji w osiągnięciu sukcesu nie przeszkodziła nawet porażka 1:2 z Rosją. Nikt nie sądził, że sukces Hellasów ma dopiero nadejść. Tym bardziej, że w ćwierćfinale trafili na obrońców tytułu – Francję, która eliminacje przeszła bez trudu z kompletem zwycięstw, a w Portugalii wygrała grupę z Anglikami, Chorwatami i Szwajcarami.

Akurat tego dnia grecki bóg Charisteas był więcej wart niż francuski bóg Zidane. Potężnym strzałem głową napastnik Werderu Brema pokonał Fabiena Bartheza, a obrońcy i Nikopolidis zadbali o to, by zachować czyste konto z tyłu. W kolejnej rundzie mogli trafić na jednych
z bohaterów tego tekstu – Czechów lub Duńczyków. Czesi wygrali pewnie 3:0 i znów zmierzali pewnym krokiem po medal. Komplet punktów w grupie i miano najbardziej bramkostrzelnej drużyny turnieju stawiało ich w roli półfinałowych faworytów.

W starciu z perfekcyjnymi w obronie Grekami nie potrafili jednak potwierdzić swoich umiejętności. Przez 90 minut utrzymał się bezbramkowy remis i doszło do dogrywki. Pod koniec jej pierwszej częśći Grecja miała rzut rożny, po którym Delas skierował piłkę głową do siatki. Co ciekawe był to jego jedyny reprezentacyjny gol w karierze. Jedyny, ale za to jak ważny, bowiem dał prawo do gry w finale przeciwko Portugalii. Gospodarze zapowiadali rewanż za mecz otwarcia, ale także nie potrafili niczego zdziałać przeciwko doskonale zorganizowanym Grekom.

Oczywiście zadecydował stały fragment wykończony głową, a katem Portugalczyków był nie kto inny jak Charisteas. Te mistrzostwa idealnie odwzorowują zasadę, że dużo ważniejsze od tego jak atakujesz, jest to jak bronisz.

1982-Dania-Anglia Overachievers, czyli jak przekroczyć oczekiwania

Jak wygrywać pomimo złego startu

Euro 2008 obfitowało w aż dwie rewelacje rozgrywek. Być może dlatego cztery lata później
w Polsce i na Ukrainie nie było żadnej takiej drużyny. Na mistrzostwach w Austrii i Szwajcarii uwagę przykuli Turcy i Rosjanie. Pierwsi z powodu gry do ostatniego gwizdka, drudzy przez dobry rezultat mimo kiepskiego początku. Turcja miała za przeciwników Portugalię, Czechy oraz jednych z gospodarzy – Szwajcarię. Rosjanie zaś grali ze Szwedami, Grekami i Hiszpanami.

Turcy przegrali pierwszy mecz z Portugalią 0:2, a później pierwsi stracili gola w spotkaniu ze Szwajcarią. Semih Senturk wyrównał w drugiej połowie, a w doliczonym czasie gry zwycięską bramkę zdobył Arda Turan. Decydującym o awansie miało być bezpośrednie starcie z Czechami. To nasi sąsiedzi z południa prowadzili dwiema bramkami do 74. minuty i jedną nogą byli już w ćwierćfinale. Ponownie błysnął wtedy Turan, który strzelił kontaktowego gola, a w ostatnich minutach dublet ustrzelił Nihat Kahveci i Czesi zostali wyeliminowani.

Rosja także zaliczyła falstart. Na początek została rozniesiona przez Hiszpanię 1:4, ale zamiast zdołować piłkarzy Sbornej, ten wynik ich bardzo zmobilizował. W następnych meczach z Grecją oraz Szwecją wygrali kolejno 1:0 i 2:0 i wyszli z drugiego miejsca za plecami La Roja. Ćwierćfinał przewidział dla nich przeciwników w postaci Holendrów. Turcja zaś miała stanąć w szranki
z Chorwacją. Oba te starcia nie skończyły się po regulaminowym czasie gry.

Rosjanie wbili Holandii dwa gole i zasłużenie przeszli do półfinału. Turcja z kolei znów zapewniła swoim kibicom horror. W 119. minucie na prowadzenie wyszli Chorwaci za sprawą Klasnicia. W doliczonym czasie dogrywki wyrównał Semih i rozstrzygnąć miały rzuty karne. Chorwaccy piłkarze spisali się w nich okropnie i do kolejnej rundy przeszły Gwiazdy Półksiężyca. W tej fazie obie drużyny trafiły na potentatów.

Rosja na Hiszpanię, a Turcja na Niemców. Sborna musiała uznać wyższość rywali, bo przegrała aż 0:3, ale Turcy walczyli do samego końca. Ostatecznie stracili gola w 90. minucie i przegrali 2:3. Obie reprezentacje pozostawiły po sobie dobre wrażenie i mimo braku medalu, doskonale obrazują specyfikę wielkiego turnieju.

Brutalne przebudzenie rozmarzonego Islandczyka

W ostatnich latach dużo trudniej o sensację tego kalibru co wcześniej. Na ostatnich mistrzostwach we Francji taką drużyną miała być Islandia. Awansowała na turniej kosztem Holendrów, co równało się ich debiutowi na wielkiej imprezie. Trafili do ostatniej grupy z Portugalią, Węgrami i Austrią, więc zakwalifikowanie się dalej było w zasięgu, mimo że mało kto wiedział czego się po tej drużynie spodziewać.

1982-Dania-Anglia Overachievers, czyli jak przekroczyć oczekiwania

Od pierwszego spotkania dowiedzieli się wszyscy. Jeśli chodzi o umiejętności, to nie był zespół magików, którzy popisywali się piękną grą. Przewyższali jednak wszystkie inne zespoły pod względem cech wolicjonalnych i waleczności. Punktami Islandczycy podzielili się najpierw
z Portugalią, a potem z Węgrami. Gdy zapowiadało się na trzeci remis z Austrią, Wikingowie wbili im bramkę w doliczonym czasie gry i nie musząc się na nikogo oglądać wyszli z grupy F.

Charakter tego zespołu pokazał najlepiej mecz 1/8 finału z Anglią. Po słabym początku i stracie bramki już w czwartej minucie, udało się im błyskawicznie odrobić straty, a później nawet wyjść na prowadzenie. Ostatecznie debiutant pokonał Anglików 2:1 i zdobył serca mnóstwa kibiców w całej Europie. Niestety ćwierćfinał był kresem ich możliwości, bo tam spotkali się z Francuzami. Na Stade de France już do przerwy było 4:0 i nawet Islandczycy nie byli w stanie odwrócić losów tamtego meczu. Na pocieszenie wygrali drugą połowę, ale ostatecznie wynik 5:2 oznaczał brutalne przebudzenie dla tego walecznego narodu.

Ostatni wybuch Duńskiego Dynamitu

Po wygraniu Euro 92′ Dania nie mogła pochwalić się niczym szczególnym. Na mistrzostwach świata w Ameryce nawet się nie pojawili. W grupie eliminacyjnej mieli Hiszpanię, która zajęła 1. miejsce oraz Irlandię, z którą przegrali wyścig o drugie miejsce. Zabrakło im niewiarygodnie mało, bo punktów mieli tyle samo co Irlandczycy, identyczny bilans spotkań i równą różnicę bramek. Dania odpadła ze względu na mniejszą liczbę strzelonych goli i mimo że straciła tylko dwa
w trakcie całych  eliminacji, nie mogła pojechać do USA. Średnio sprawiedliwe, tym bardziej, że
w bezpośrednim starciu dwukrotnie padł remis. W Kopenhadze 0:0, a w Dublinie 1:1.

Dwa lata później przyszła okazja do pokazania, że brak awansu na mundial to tylko wypadek przy pracy. Trzeba było bronić tytułu mistrzów kontynentu, więc tym razem kwalifikacje przeszli bez kompromisów. Pojechali do Anglii na Euro ’96, ale w grupie trafili na Portugalię i Chorwację, więc po trzech meczach musieli wracać do domu. Cztery lata później Mistrzostwa Europy w Belgii
i Holandii były dla Duńczyków jeszcze większą klapą, bo zajęli ostatnie miejsce, nie strzelając nawet jednego gola. Całe szczęście między nimi piłkarze Bo Johanssona mieli mundial we Francji. Nikt nie spodziewał się wyjątkowych osiągnięć, ale Danii udało się dojść do ćwierćfinału, ulegając tylko ówczesnym mistrzom i wicemistrzom globu.

W grupie C wylosowano Danii gospodarzy z Francji oraz dwoje debiutantów – Arabię Saudyjską oraz Republikę Południowej Afryki. W pierwszym meczu z przedstawicielami Półwyspu Arabskiego niespodziewanie czekało ich zacięte starcie. Dopiero w drugiej połowie obrońca Marc Rieper zdobył jedynego gola tego spotkania i zapewnił swojemu krajowi komplet punktów. Terminarz sprzyjał Duńczykom, bo później mierzyli się z RPA. W meczu z reprezentantami Czarnego Lądu szybciej wyszli na prowadzenie za pomocą Allana Nielsena. Przewagę tuż po przerwie zniwelował Benny McCarthy, który strzelił na 1:1 i na stadionie w Tuluzie nastąpił podział punktów. Ostatnia kolejka była więc decydująca i Afrykańczycy mogli jeszcze wyprzedzić Danię. Musieli wysoko ograć Arabów i liczyć na porażkę Duńczyków z Francuzami.

Drugie się spełniło, bo Trójkolorowi wygrali 2:1, ale RPA zawaliło swoje zadanie, zaledwie remisując z Saudyjczykami i to jeszcze oni gonili wynik. Dania awansowała więc z drugiego miejsca i trafiła na zwycięzcę grupy D, którym nieoczekiwanie była Nigeria. Super Eagles ograli Bułgarię i wyeliminowali Hiszpanię, więc trzeba było na nich uważać. Duński Dynamit wziął na poważnie Nigeryjczyków i na Stade de France nie pozostawił im złudzeń. Błyskawiczne dwie bramki Petera Mollera i Briana Laudrupa dały mnóstwo swobody, a w drugiej odsłonie swoje trafienia dołożyli Ebbe Sand i Thomas Helveg. Nigeria odpowiedziała tylko honorowym golem Babangidy i w 1/8 finału kibice oglądali prawdziwy pogrom.

Drugi pogrom w tej fazie był dziełem Brazylijczyków, którzy również 4:1 pokonali Chile i to właśnie na nich trafiła Dania w ćwierćfinale. Nantes miało więc gościć obrońców tytułu z Brazylii oraz ambitnych pretendentów z Danii. To było właśnie najciekawsze ćwierćfinałowe starcie, które obfitowało w największą liczbę bramek. Po raz kolejny podopieczni Bo Johanssona pierwsi strzelili gola. Już w 2. minucie wynik otworzył Martin Jorgensen, ale już dziewięć minut później wyrównał Bebeto. Brazylijczyk wykorzystał okropną postawę rywali w obronie i bez problemu odnalazł drogę do bramki. Po kwadransie zaciętej gry do akcji wszedł Rivaldo, który piękną podcinką wykończył podanie od Ronaldo i do przerwy było 2:1. W drugiej części meczu z błędu Baiano skorzystał Brian Laudrup, który strzałem w okienko doprowadził do remisu. Nacieszyli się nim jedynie 10 minut, bo znów kryminalnie zachowali się obrońcy Petera Schmeichela. Nie zaatakowali biegnącego z piłką Rivaldo i gwiazdor Barcelony strzałem z dystansu posłał Canarinhos do półfinału. Tam Brazylia wyrzuciła Holandię i w finale uległa Francji, więc Dania nieznacznie przegrała tylko z najlepszymi na świecie. Z medalem nie udało się wrócić, ale na pocieszenie bracia Laudrup zostali uwzględnieni w drużynie marzeń całego turnieju.

Niespodzianka w cieniu skandalu

Mundial w Korei i Japonii był wyjątkowy i jedyny w swoim rodzaju. Pierwszy raz mistrzostwa świata organizowane były w Azji i pierwszy raz przez dwa kraje jednocześnie. Gospodarze nie byli wysoko notowani w tych rozgrywkach, a mimo to obydwie reprezentacje wygrały swoje grupy, nie zaznając przy tym porażki. Korea ograła Polskę i Portugalię, remisując ze Stanami Zjednoczonymi. Japonia zaś podzieliła się punktami z Belgią, a pokonała Rosję i Tunezję. Jednak ten rozdział poświęcony zostanie głównie Turcji, a nie żadnemu z organizatorów. Turcja bowiem napotkała na swojej drodze jednych i drugich. Można by napisać o Koreańczykach, którzy znaleźli się
w półfinale, ale zostali tam przepchnięci przez sędziów, więc szkoda klawiatury.

Turcy w grupie C znaleźli się z Brazylią, Kostaryką oraz Chinami i dokładnie w tej kolejności rozgrywali swoje spotkania. Do przerwy prowadzili z Brazylijczykami za sprawą Hasana Sasa, ale tuż po niej wyrównał Ronaldo. Gdy wydawało się, że uda się zremisować z tak mocną drużyną, Brazylia otrzymała w końcówce rzut karny, który na gola zamienił Rivaldo. Przebieg drugiego meczu przeciw Kostaryce był podobny, choć Turcy zdobyli przynajmniej punkt. Po golu Emre Belozoglu wygrywali prawie do samego końca, ale kilka minut przed ostatnim gwizdkiem do remisu doprowadził Winston Parks. O awansie miała przesądzić trzecia potyczka z Chinami. Drużyna Smoków została bez problemu rozjechana wynikiem 3:0, a Kostaryka poległa z Brazylią aż 2:5, więc cel został osiągnięty.

W 1/8 finału Turcja trafiła na wspomnianą już Japonię, wieć dosyć trudno było odgadnąć zwycięzcę tego meczu. Rzeczywiście był bardzo zacięty i padła w nim tylko jedna, decydująca bramka. Strzelił ją obrońca Umit Davala i dał swoim krajanom przepustkę do ćwierćfinału. Tam czekał na nich Senegal, którego obecność na tym etapie rozgrywek również stanowiła niemałą sensację. Wysłali do domu obrońców tytułu – Francję oraz Urugwaj i Szwecję, więc trzeba było mieć się na baczności. Tych ostatnich pokonali dzięki złotej bramce w dogrywce, więc gdy po 90 minutach gry z Turcją nie padł żaden gol, wiedzieli już jak rozłożyć siły. To jednak Gwiazdy Półksiężyca dzięki swojemu rezerwowemu – Ilhanowi Mansizowi wygrały 1:0 i znaleźli się w najlepszej czwórce na świecie.

W fazie półfinałowej spotkali się ze swoimi starymi znajomymi z grupy, czyli Brazylią. Faworytem byli oczywiście Canarinhos, którzy wyrzucili z turnieju Anglików w poprzedniej rundzie. Rzeczywiście ponownie lepsi okazali się Brazylijczycy i znów po zaciętym boju. Przesądzającą bramkę strzelił nie kto inny jak Ronaldo i spowodował, że Turcy musieli się jeszcze o swój medal nastarać. O brąz mieli zmierzyć się z Koreą Południową, która po niezwykłych przekrętach wygrała z Włochami i Hiszpanią. Gospodarze nastawieni byli na medal, a porażka w pófinale z Niemcami jeszcze wznieciła chęć sukcesu. Tymczasem Turcy zaskoczyli już w pierwszej minucie i objęli prowadzenie dzięki Hakanowi Sukurowi. Korea co prawda szybko wyrównała, ale wtedy we znaki dał się Ilhan Mansiz, który ustrzelił dublet. Azjatów stać było już tylko na jednego gola i Turcja mogła świętować brązowy medal mistrzostw świata. Futbol ostatecznie zatriumfował nad pieniędzmi.

Brazylijska samba w Kostaryce

Rok 2006 i 2010 i mundiale w Niemczech oraz RPA obył się bez ciekawej/nieoczywistej drużyny, więc je pominę. Mógłbym napisać o Ukrainie i Ghanie, ale pierwsza nie była wcale taka nieoczywista, a druga nie była absolutnie ciekawa. Co innego Kostaryka na mistrzostwach świata
w Brazylii w 2014 roku. Wylądowała w bardzo trudnej grupie D z Włochami, Anglią i Urugwajem.  Nie była więc brana pod uwagę przez ekspertów typujących kandydatów do awansu.

Tymczasem w pierwszym meczu w Fortalezie już sprawili nie lada niespodziankę. Urugwaj pierwszy strzelił gola, bo Cavani wykorzystał jedenastkę, ale później trafiali już tylko Kostarykanie. W drugiej połowie meczu strzelali kolejno Campbell, Duarte i Urena, więc nie można było sobie wyobrazić lepszego startu turnieju. W kolejnym spotkaniu Kostaryka zmierzyła się z Włochami, które ograły Anglię, więc faworyt był znów wyraźny i bynajmniej nie byli to Los Ticos. Mimo to, do siatki trafił tylko Bryan Ruiz, więc piłkarze Jose Pinto byli już właściwie pewni wyjścia z tej trudnej grupy. Na koniec zostało im starcie w Belo Horizonte z Anglikami, którzy zawiedli w Brazylii na całej linii. Spotkanie zakończyło się bezbramkowym remisem i Kostaryka zameldowała się w kolejnej fazie rozgrywek.

Tam trafiła na Grecję, która rzutem na taśmę zapewniła sobie awans, strzeając najistotniejszego gola w doliczonym czasie gry ostatniego meczu grupowego z Wybrzeżem Kości Słoniowej. Był to pierwszy mecz, w którym Kostarykanie byli faworytami. I faktycznie Bryan Ruiz strzelił ponownie i jego drużyna miała mecz pod kontrolą. Aż do 90. minuty, gdy Grecy doprowadzili do remisu. Zadecydować musiał konkurs rzutów karnych, który wygrała Kostaryka. Historyczny awans do ćwierćfinału stał się faktem. W tym samym czasie zakwalifikowała się do niego też Holandia i to Oranje mieli być następnym przeciwnikiem Kostaryki.

W starciu z ekipą Louisa Van Gaala kibice goli nie oglądali, ani w podstawowych 90 minutach, ani podczas dogrywki. Ponownie rozstrzygnięcie miały przynieść jedenastki. To wtedy Van Gaal dokonał najlepszej zmiany turnieju wpuszczając w 121. minucie Tima Krula w miejsce Jaspera Cillessena i dzięki bramkarzowi Newcastle United to Holendrzy wyszli zwycięsko. Kostarykanie pożegnali się z mundialem, ale pozostawili po sobie bardzo dobre wrażenie. No i oczywiście rekordowe osiągnięcie w postaci ćwierćfinału największego turnieju na świecie.

Ci przeklęci Francuzi

Reprezentacja narodowa Chorwacji powoli budowała swoją siłę. Po udanym debiucie na mistrzostwach świata w 1998 roku (brązowy medal) nikt więcej jej nie zlekceważył. Po pokonaniu Niemców w ćwierćfinale, sposób znalazła na nich tylko Francja, która wygrała wtedy mistrzostwo. Chorwaci na otarcie łez pokonali w Holendrów w meczu o 3. miejsce i pierwszy występ uznano za wielki sukces. Później już takich nie było przez blisko 20 lat. Kolejne turnieje kończyli na fazie grupowej, a do RPA nawet nie pojechali. Nikt więc nie oczekiwał fajerwerków po ich występie na rosyjskim mundialu w 2018 roku.

Podopieczni Zlatko Dalicia trafili do grupy D z wicemistrzami świata – Argentyną, rewelacją ubiegłego Euro – Islandią i zawsze niebezpieczną Nigerią. Przepowiadano im walkę o awans,
a tymczasem zajęli oni pierwsze miejsce z kompletem punktów. Z Nigerią wygrali nie bez problemów, bo 2:0 po samobójczym trafieniu Etebo i rzucie karnym trafionym przez Modricia. Za to pięć dni później w spotkaniu z Argentyną zaprezentowali perfekcyjny futbol. Dzięki bramkom Rebicia, Modricia i Rakiticia potwierdzili swoją wyższość nad Messim i spółką. Argentyńczyk został kompletnie wyłączony z gry, a Chorwaci byli już pewni awansu. Na koniec pozwolili sobie na wystawienie rezerwowych, a i tak ostatecznie wygrali 2:1 z Islandczykami.

W pierwszej rundzie fazy play-off zmierzyli się z naładowanymi Duńczykami, którzy mieli najlepszą drużynę od lat. Już po pięciu minutach wynik brzmiał 1:1 po błyskawicznym trafieniu Jorgensena i równie szybkiej odpowiedzi Mandzukicia. Więcej goli jednak nie padło i doszło do karnych. Tam kibice oglądali emocjonujące widowisko ze wzlotami i upadkami jednych i drugich. Ostatecznie Dania nie przegrywając żadnego spotkania, odpadła z mundialu, a Chorwaci grali dalej. Równie ekscytujące spotkanie stoczyli w ćwierćfinale z gospodarzami imprezy – Rosją. Po golach Czeryszewa i Kramaricia w regulaminowym czasie nie było rozstrzygnięcia. Dogrywka to najpierw gol Domagoja Vidy, a następnie riposta Mario Fernandesa. Po remisie 2:2 kolejny raz decydujące okazały się dopiero strzały z jedenastego metra i kolejny raz lepsza w nich była Hrvatska.

W półfinale Chorwacja trafiła na Anglię i to właśnie Lwy Albionu pierwsze objęły prowadzenie po golu Kierana Trippiera. Dopiero w drugiej odsłonie do remisu doprowadził Ivan Perisić i tym zamym znowu potrzebna była dogrywka. Anglicy chcieli dotrwać do jej końca, ale inny plan miał Mario Mandzukić, który bramką w 109. minucie dał Chorwatom zwycięstwo i już wiadomo było, że to będzie najlepszy turniej w historii tego kraju. W wielkim finale spotkali Franjcę, która po drodze eliminowała świetne drużyny – Argentynę, Urugwaj i Belgię. 20 lat wcześniej pozbawili ich marzeń, więc przytrafiła się okazja do rewanżu.

Mandzukić który bardzo pomógł w przebyciu tej trudnej drogi umieścił piłkę w siatce, tyle że nie tej co trzeba. Gola na remis zdobył Perisić, ale odpowiedział na niego bramką z karnego Griezmann. Do przerwy było 2:1 dla Francji i można było jeszcze wszystko odwrócić, ale wtedy przypomnieli o sobie Pogba i Mbappe, którzy dobili Chorwatów. Piłkarzy Dalicia stać było już tylko na jeden zryw, gdy tym razem do odpowiedniej bramki trafił Mandzukić i w ostatecznym rozrachunku przegrali 2:4. Nagrodę za najlepszego piłkarza turnieju dostał Luka Modrić, ale na pewno wolałby oddać ją w pakiecie ze srebrnym medalem w zamian za puchar świata. Niestety to bardziej wypoczęci Francuzi, których wszystkie mecze trwały 90 minut, byli górą i znów przeszkodzili Chorwacji w końcowym triumfie.