One Season Wonders, czyli piłkarze jednego sezonu

Rozbłysnąć pełnym blaskiem i szybko zgasnąć

Krzysztof Piątek ma problemy z odzyskaniem formy z poprzedniego roku. Nie strzela bramek, nie pomaga drużynie, a A.C. Milan mocno cieniuje. Czy polski napastnik będzie w stanie wrócić do seryjnego zdobywania goli? A może okaże się, że Piątek to zwyczajny One Season Wonder, których mnóstwo się już przewijało w świecie piłki. Do wybitnej dyspozycji trudno będzie nawiązać, ale nawet jeśli choć w połowie szło by mu tak dobrze jak rok temu… Na obecną chwilę to marzenia ściętej głowy i bliżej mu rzeczywiście to grona piłkarzy jednego sezonu. Kogo już z pewnością można zaliczyć do tego średnio prestiżowego zbioru gwiazd chwilowego błysku?

Fenomen przez jeden rok

Piłkarz dla którego tytułowe określenie pasuje jak ulał. Do tego stopnia, że jest pierwszym zawodnikiem, który przychodzi na myśl. Michu przyszedł do Premier League po debiutanckim sezonie Swansea w elicie. Zjawił się jako mało znany napastnik z Hiszpanii, ale trzeba pamiętać, że  to właśnie w Primera Division został wypatrzony i mógł wypłynąć na szersze wody. Z Rayo Vallecano utrzymał się w najwyższej lidze, ale wolał być częścią większego projektu, a na taki zapowiadało się w tamtym czasie Swansea City. Zresztą w Rayo miał ekipę, która straciła najwięcej bramek z całej La Ligi. Jako napastnik mogła go przerażać wizja, w której obrońcy marnowali cały jego wysiłek.

Wybrał się więc na Wyspy Brytyjskie i w sezonie 12/13 został objawieniem Premier League. Swansea zajęło 9. miejsce zaraz za plecami Liverpoolu i przed West Hamem, a sam Michu widniał w czubie klasyfikacji strzelców. Hiszpan z 18 bramkami w 35 meczach ustąpił tylko Van Persiemu, Bale’owi, Suarezowi i Benteke. Ustrzelił więcej od takich graczy jak Aguero, Rooney, Lukaku czy Berbatov. Oprócz znakomitej postawy w lidze sięgnął z zespołem po EFL Cup, gdzie The Swans zostawili w pokonanym polu m.in. Chelsea i Liverpool. Swoim stylem i skutecznością oczarował kibiców i ekspertów w Anglii. Spodziewano się, że sięgnie po niego jakiś klub, który potrzebuje typowego egzekutora jak np. Arsenal. Kanonierzy jednak zabiegali o niego zbyt słabo, albo to Łabędziom udało się go przekonać do pozostania na Liberty Stadium. Uznano to za sukces i już kalkulowano do czego będzie zdolny zespół z Walii, gdy przystąpi do kolejnej kampanii.

Kolejna kampania sukcesywna była tylko do połowy. Swansea wyszło z grupy w Lidze Europy i to tyle jeśli chodzi o pozytywy. Odpadli zaraz po tym, gdy z kolejnej rundzie natknęli się na Napoli. W Premier League nie szło już tak dobrze, ale o utrzymanie nie trzeba było się martwić. Odwrotnie niż o formę Michu. O ile początek miał niezły (2 gole i asysta w pięciu meczach), to z czasem wypadał coraz gorzej. Następnie przyszły kontuzje kolejno kolana i kostki, które przeplatał fatalnymi spotkaniami. Okazało się, że dwie bramki na początku rozgrywek były jego ostatnimi.
W drugim sezonie został boleśnie zweryfikowany i kiepsko sobie z tym poradził. Wypożyczyło go Napoli, ale tam wyzwanie go przerosło. 146 minut i jedna asysta to przypieczętowanie jego miernej dyspozycji.

Michu wrócił do Hiszpanii i to do trzecioligowego Langreo. Widocznie odbudował się wystarczająco, żeby dostać szansę szczebel wyżej. Po roku gry zgłosił się Real Oviedo z Segunda Division, czyli klub, którego wychowankiem jest nasz bohater. Na zapleczu hiszpańskiej ekstraklasy zagrał 27 meczów i strzelił tylko jednego gola. Postanowił, że będzie to jego ostatni sezon w profesjonalnej piłce i zawiesił buty na kołku. Smutny koniec zawodnika, który przez pewien czas siał postrach wśród obrońców Premier League.

Napastnik o dużym nazwisku, który nie strzelał

W 2007 roku Blackburn Rovers sprowadziło znanego snajpera z Bayernu Monachium. Biorąc pod uwagę renomę obu klubów, dla angielskiej drużyny był to spory sukces. Patrząc jednak na statystyki Roque Santa Cruza, które nie powalały, można stwierdzić, że to Bawarczycy zrobili niezły interes. Paragwajczyk przez siedem sezonów regularnie występował w Bundeslidze i ani razu nie przekroczył bariery pięciu trafień w lidze. Szału nie było, ale gwarancja kilku bramek to dla zawsze coś. Być może niektórzy kibice Blackburn mieli jakieś nadzieje związane z Santa Cruzem, ale to co się wydarzyło z pewnością przekroczyło ich najśmielsze oczekiwania.

Wejście jak z bajki. Pierwszy mecz z Middlesbrough rozpoczął na ławce i wszedł na boisko dopiero w 60. minucie, gdy jego drużyna przegrywała 0:1. Błyskawicznie doprowadził do wyrównania, by ostatecznie Blackburn zgarnęło trzy punkty. Po takim starcie szybko wywalczył sobie miejsce
w podstawowej jedenastce i nie oddał go do końca rozgrywek. Stał się kluczową postacią drużyny, a zdobywane przez niego gole przeważnie zapewniały ważne punkty. Ostatecznie w 37 spotkaniach trafił do siatki 19 razy, co dało Blackburn wysokie 7. miejsce na koniec rozgrywek. Dla paragwajskiego napastnika był to sezon życia, jak się okazało, nie był w stanie później choćby zbliżyć się do tego osiągnięcia.

Roque-Santa-Cruz-w-barwach-Blackburn One Season Wonders, czyli piłkarze jednego sezonu

W kolejnym sezonie wystąpił 20 razy w drużynie Rovers, ale bramkarzy pokonywał tylko czterokrotnie. Nie przeszkodziło to władzom Manchesteru City w wielomilionowym transferze, które wtedy kompletowały gwiazdy do swojej nowej drużyny. Tam jednak nie potrafił udowodnić swojej wielkości i w 19 występach, strzelił ledwie trzy bramki. Wrócił jeszcze później na półroczne wypożyczenie do Blackburn w poszukiwaniu dawnej formy, ale tam najważniejsza dla napastnika sztuka nie udała się ani razu.

Długi kontrakt z The Citizens i fakt, że w Manchesterze go nie chcieli zaowocował serią wypożyczeń do Betisu i Malagi. W Hiszpanii wiodło mu się trochę lepiej, ale bliżej mu było do wyników z Bayernu niż sezonu 2007/2008. Takiej serii jak wtedy w Blackburn nie miał nigdy wcześniej, ani nigdy później.

Wypożyczenie stulecia

Egipscy piłkarze w Premier League to zjawisko dość powszechne. Zanim jednak Mohammed Salah kupił serca brytyjskich kibiców, przez ligę angielską przewinęło się wielu piłkarzy na zdecydowanie niższym poziomie. Gwiazda Liverpoolu po swoim powrocie na Wyspy zaliczyła perfekcyjny sezon i istniały spore wątpliwości, że zdoła to powtórzyć. Poprzeczkę zawiesił sobie bardzo wysoko i trudno będzie mu to przebić, ale w drugim sezonie udowodnił, że jest wielkim piłkarzem. Niecałą dekadę przed erą Salaha inny Egipcjanin mógł mieć podobną sytuację, ale sprawy przybrały zupełnie inny obrót.

Amr Zaki został wypożyczony w sezonie 2008/2009 do Wigan Athletic z Zamalek. Z egipskiej Premier League przeniósł się do angielskiej i władze liczyły na to, że powtórzy swoje osiągnięcia
z rodzinnego kraju. W 33 meczach dla Zamalek zdobył 17 bramek, więc problemu ze strzelaniem mieć nie powinien. Spodziewano się jednak, że przeskok między poziomami będzie odczuwalny dla 24-latka. Jak się okazało nie był praktycznie wcale.

W pierwszych czterech meczach sezonu trafiał do siatki czterokrotnie i trochę żałowano, że jest tylko wypożyczony, a nie sprowadzony na stałe. Wtedy można było go sprzedać ze sporym zyskiem, a tak najpierw należało go wykupić z nieszczęsnego Zamalek. Były to jednak problemy mniejszego kalibru, ale czym miało się przejmować Wigan, skoro z takim snajperem utrzymanie było niemal pewne. Wypożyczenie Zakiego z Egiptu było strzałem w dziesiątkę i tyle też miał goli na koncie w angielskiej elicie.

Problem w tym, że pary starczyło mu tylko na pół sezonu, a konkretnie do końca 2008 roku. Wtedy legitymował się właśnie 10 bramkami w 17 spotkaniach i takiego wyniku mogli mu pozazdrościć najlepsi napastnicy w lidze. A takiego napastnika mogły pozazdrościć największe kluby. Szkoda, że wraz z Nowym Rokiem Amr Zaki się skończył. W 13 pozostałych meczach przyszła najpierw obniżka formy, później zaczął grać mniej, usiadł na ławce, aż w końcówce sezonu w ogóle z niego zrezygnowano. Przygoda równie intensywna, co krótka. Ostatecznie nie został wykupiony i wrócił do Egiptu. Po półrocznej przerwie przypomniało sobie o nim Hull City i też zdecydowało się na wypożyczenie Zakiego.

Był to kompletnie nieprzemyślany ruch, choćby z tego względu, że Amr w międzyczasie rozegrał tylko sześć spotkań i nie strzelił nic. Dokładnie te same statystyki był w stanie odtworzyć w zespole Hull. W ten sposób zniwelował barierę między ligą egipską i angielską. Nie robiło mu różnicy, gdzie gra, bo jego występy wszędzie były równie słabe. Pół roku eksplozji talentu, a po niej zostały zgliszcza i nie było już z czego czerpać. Długo nie minęło, zanim sam Zaki się poddał i zakończył karierę.

Nowy Ronaldo potrzebny od zaraz

W Manchesterze United w krótkim odstępie czasu pożegnał dwie bardzo ważne osobowości. Sir Alexa Fergusona i Cristiano Ronaldo. Do tej pory nie pojawił się nikt, kto zastąpiłby któregokolwiek z wymienionej dwójki. W przypadku Szkota najbliżej był Jose Mourinho, który został wicemistrzem Anglii z Czerwonymi Diabłami i powiększył gablotę o Puchar Ligi, Superpuchar i trofeum za zwycięstwo w Lidze Europy. Później jednak się przejadł i wypalił, więc pożegnano go bez żalu. W przypadku CR7 trudno o piłkarza podobnej klasy, tym bardziej kibice byli zawiedzeni, gdy po odejściu z Realu Madryt, Ronaldo wybrał Juventus zamiast powrotu na Old Trafford.

Potrzeba takiego gracza była tak silna, że kibice namaściliby na następcę Portugalczyka każdego kto wyróżniłby się z przedniej formacji. Pewien zawodnik tym sposobem padł ofiarą fantastycznego debiutu w czerwonych barwach. Adnan Januzaj mógłby być bohaterem osobnego tekstu. Nie był bowiem bohaterem jednego sezonu, a jednego meczu. Pech chciał, że ten jeden mecz był dla młodego Belga pierwszym w podstawowym składzie. Manchester nie rozpoczął dobrze sezonu wygrywając tylko dwa z sześciu spotkań. To otworzyło Januzajowi drzwi do występu od początkowych minut.

Roque-Santa-Cruz-w-barwach-Blackburn One Season Wonders, czyli piłkarze jednego sezonu

Na Stadium of Light Manchester mierzył się z Sunderlandem i to gospodarze szybko objęli prowadzenie. Do przerwy utrzymał się wynik 1:0, a tuż po niej Januzaj otrzymał żółtą kartkę za symulowanie (być może przez to też porównywali go do Ronaldo). Wydawało się, że młody Belg zrobi niedługo miejsce komuś z bardziej doświadczonych piłkarzy, ale David Moyes zostawił go na placu. Wtedy 18-letni zawodnik otrzymał podanie z lewej strony od Patrice’a Evry i mocnym strzałem dał United wyrównanie. Kilka minut później dobrze ustawił się do odbitej piłki i wolejem z powietrza zdobył drugą bramkę, jednocześnie zapewniając Manchesterowi trzy punkty.

Kibice oszaleli na jego punkcie, a on sam przebił się na stałe do pierwszej drużyny. Do końca sezonu strzelił jeszcze dwa gole i dołożył cztery asysty, więc wynik można uznać za całkiem niezły.   W przeciwieństwie do klubu, który zajął 7. miejsce i zwolnił Moyesa. W jego miejsce przyszedł Van Gaal, za którego Januzaj zagrał dwa razy mniej minut. W całym sezonie niczego nie strzelił, ani nie zanotował żadnej asysty. Wynikało z tego tyle, że jeden mecz wyszedł mu nadzwyczaj dobrze, ale nie odzwierciedlał jego umiejętności.

Wypożyczono go do Borussii Dortmund, ale tam też był drugoplanową postacią i zwyczajnie przepadł. Wrócił do Manchesteru, żeby potwierdzić, że to nie jego bajka i za wysokie progi. Na tej samej zasadzie co Borussia pozyskał go Sunderland, od którego cały szum wokół Januzaja się zaczął. Był to zarówno dla Czarnych Kotów, jak i Adnana ostatni sezon w Premier League. Sunderland zajął ostatnie miejsce w lidze i spadł do Championship, a nasz bohater w 25 meczach strzelił okrągłe zero bramek i zaliczył tylko dwie asysty. United wykazało się niezwykłą żyłką do biznesu sprzedając go do Realu Sociedad za 8,5 miliona euro. W Hiszpanii powoli próbuje się odbudować, ale wiadomo już, że pewnego poziomu już nigdy nie przeskoczy.

Osiedlowy król boiska

W tym tekście znajdowali się piłkarze, którym wyszedł jeden sezon (albo jeden mecz) w najwyższej klasie rozgrywkowej w Anglii. Na koniec przyszedł czas na zawodnika, który na zapleczu Premier League zrobił taką furorę, że kibice nie mogli doczekać się, kiedy zobaczą go w topowej lidze. Głównie ze względu na wyśmienitą technikę, którą potrafił przenieść z podwórka na duże boisko. Adel Taarabt był bohaterem setek filmików na YouTubie, a jego grą zachwycały się wszystkie stacje na Wyspach.

Dużo osób żałowało, że w Premier League nigdy nie wystąpił Ronaldinho. Po tym jak Brazylijczyk wypisał się z dużej piłki, to Taarabt prezentujący podobny styl zaczął rozpychać się łokciami na angielskich boiskach. Zaczął nieśmiało od Tottenhamu, ale tam nie mógł zaistnieć. Wypożyczono go więc na półtora roku do QPR, więc nawet nie musiał wyjeżdżać z Londynu. Musiał za to zejść
o szczebel rozgrywkowy niżej. W czasie tego wypożyczenia wystąpił 48 razy, strzelił osiem goli
i dorzucił 11 asyst. Nieźle jak na ledwie 20-latka.  Queens Park Rangers zdecydowało się go zatem wykupić od Spurs za niecały milion funtów. Jak się okazało tyle kosztował awans do elity angielskiego futbolu.

Roque-Santa-Cruz-w-barwach-Blackburn One Season Wonders, czyli piłkarze jednego sezonu
Adel Taarabt, Tottenham Hotspur

Taarabt zgarnął w sezonie 10/11 statuetkę dla najlepszego gracza ligi. W 44 spotkaniach trafił 19 razy do siatki i znalazł się wśród najznakomitszych strzelców rozgrywek. Byli tam sami napastnicy i jeden pomocnik – marokański magik. Oprócz bramek zapisał sobie 21 asyst co łącznie daje udział przy 40 bramkach dla drużyny. QPR strzeliło ich w sezonie 71, więc dokładnie 56% stanowił zasługę Taarabta. Ten kosmiczny wynik pozwolił Rangers awansować z 1. miejsca do Premier League. Marokańczyk został na Loftus Road jeszcze przez dwa lata, ale z tą drużyną nie mógł wiele zwojować.

Jako beniaminek udało się utrzymać, oczywiście przy niemałym wkładzie jednego piłkarza. Kolejny sezon nie powiódł się tak samo pomyślnie pomimo tego wkładu. QPR skończyło na samym dnie tabeli i musiało pożegnać się z Premiership. W odróżnieniu od Januzaja, nawet mimo ostatniej lokaty Taarabt ustrzelił dychę w punktacji kanadyjskiej (5 goli, 5 asyst), więc jednak można. Rangers musieli ciąć koszty po spadku i Taarabt tułał się w efekcie po różnych wypożyczeniach.

Pozostał w Londynie i w Premier League, ale w Fulham w 12 występach zanotował tylko jedną asystę. Później trafił do A.C Milan, gdzie nawet szło mu nie najgorzej, ale jego koledzy z QPR ponownie wywalczyli promocję do najwyższej ligi, więc trzeba było wracać. Niestety, gdy nadarzyła się okazja do udowodnienia swojej wartości w Anglii przyszły kontuzje, które wręcz mu to uniemożliwiły. W tak ważnym dla niego sezonie wystąpił tylko dwa razy w pełnym wymiarze czasowym, więc trudno o jakiekolwiek liczby. Na dodatek Queens Park Rangers znów zostało relegowane do drugiej ligi i nie mogło sobie pozwolić na trzymanie Adela.

Zgarnęła go wtedy portugalska Benfica, w której jest również i dziś, ale pod żadnym względem się tam nie wyróżnia. Przez półtora roku był na wypożyczeniu w Serie A w Genoi, gdzie spisywał się raczej przeciętnie a na pewno poniżej swoich możliwości. Do tego znów często narzekał na urazy, więc Włosi uznali, że niepotrzebny im taki zawodnik. Wrócił, więc do Benfiki, ale w Lizbonie cały czas regularnie grzeje ławę i nie zanosi się, żeby szybko się z niej podniósł. Taarabt ma 30 lat oraz ważny do 2022 roku kontrakt. Nikt nie zabija się o sprowadzenie go do siebie, więc nie będzie to zaskakujące, jeśli po wygaśnięciu obecnej umowy odwiesi buty na kołku. Szkoda, bo potencjał był ogromny, ale nic poza jednym sezonem z tego nie wynikło. I tak można napisać przy każdym z tych pięciu graczy.