Miłe początki złego, czyli Arsenal Emery’ego

Czy Hiszpan utrzyma posadę w Londynie?

1 lipca 2018 roku. W życie wchodzi umowa Arsenalu z nowym menadżerem Unaiem Emerym. Wszyscy kibice Premier League oraz oczywiście londyńskiego klubu są ciekawi, jak nowy trener wpłynie na zespół. W końcu przez ponad 20 lat funkcję bossa w Arsenalu pełnił jeden człowiek. Arsene Wenger miał w Londynie niepodważalną pozycję. Teraz, gdy za sterami stanie ktoś inny pojawiły się zasadnicze pytania. Po pierwsze – co zmieni się w grze zespołu? Po drugie – jak będzie funkcjonował klub z The Emirates. Po trzecie wreszcie – czy teraz zacznie się on liczyć w grze
o najwyższe cele?

Miłe-początki-złego-czyli-Arsenal-Emery’ego-Unai-Emery Miłe początki złego, czyli Arsenal Emery’ego
Unai Emery  podczas meczu Aresnalu

Grunt to dobre nastawienie

Przyszedł ktoś kto stworzył od podstaw silną Sevillę, więc może to samo będzie w stanie zrobić
w podupadającym Arsenalu. Nie jest anonimową postacią, a doświadczonym trenerem z trofeami na koncie. Oprócz trzykrotnego sięgnięcia po Ligę Europy z drużyną z Andaluzji, zdobywał także mistrzostwo Francji oraz pięć krajowych pucharów z PSG. W Paryżu chcą jednak osiągnięć na międzynarodowej arenie, a na tej płaszczyźnie drużyna prowadzona przez Hiszpana spektakularnie się wyłożyła. Przegrana w wygranym dwumeczu z Barceloną przylgnęła do niego mocniej niż rzep do psiego ogona, ale tego już nie mógł zmienić, za to mógł stworzyć od nowa swój własny zespół
w północnej części Londynu.

Do klubu ściągnął pięciu ciekawych zawodników. Doświadczonych obrońców – Sokratisa
i Lichtsteinera, perspektywicznych pomocników – Torreirę i Guendouziego – oraz dobrego bramkarza w postaci Bernda Leno. Jasnym stało się, że idzie nowe. Później nadeszła wiadomość, że początek sezonu dla The Gunners będzie bardzo trudny. Na rozkładzie mieli bowiem przyjąć Manchester City oraz pojechać na Stamford Bridge, by stanąć w szranki z Chelsea. Jak większość przewidywała rozpoczęli od dwóch porażek, ale obie miały zupełnie inny wydźwięk. 0:2 z The Citizens było najmniejszym wymiarem kary, za to pechowa przegrana 2:3 z The Blues pozostawiała spory niedosyt.

Już w swoich pierwszych derbach Londynu, odcisnął piętno na stylu drużyny. Później jeszcze bardziej się ten styl zazębił i przyszły wyniki. Za pierwszym zwycięstwem poszło sześć następnych i udało się wedrzeć do upragnionego TOP 4. Arsenal sprawiał wrażenie poukładanej drużyny,
a seria 21 meczów bez porażki we wszystkich rozgrywkach dobitnie to potwierdzała.

Miłe-początki-złego-czyli-Arsenal-Emery’ego-Unai-Emery Miłe początki złego, czyli Arsenal Emery’ego
Unai Emery. Pierwszy dzień w Arsenalu

Pierwsza poważna zadyszka

Wtedy trafiła się niespodziewana porażka 2:3 z Southampton i zastanawiające było, jak odpowie na to zespół Unaia Emery’ego. Symptomy słabszej gry pojawiły się już na Old Trafford, gdzie Arsenal zremisował z Manchesterem United, mimo że dwa razy wychodził na prowadzenie. Ważny szczegół jest taki, że odstęp między zdobytym, a straconym golem do cztery i jedna minuta. Drużynie brakowało koncentracji i szybko popadała w samozadowolenie. Na domiar złego poważnej kontuzji w tym spotkaniu doznał Rob Holding, którego na nowo dla Arsenalu odkrył Emery.

Później przyszło domowe starcie z outsiderem z Huddersfield. Ledwo wyszarpane 1:0, okropne męczenie materiału i decydujący gol Torreiry w 83. minucie. Pocieszano się, że wielkie drużyny charakteryzują się tym, że wygrywają nawet wtedy, gdy nie idzie. To prawda, ale w tym przypadku okazało się, że nie mamy do czynienia z wielką drużyną. Wielkie drużyny nie tracą trzech goli na St. Mary Stadium. Wielkie drużyny nie dają się rozgromić w pół godziny, nawet Liverpoolowi. Przegrana z Soton okazała się być wstępem do popadnięcia Arsenalu w przeciętność.

Nowy rok, nowy-stary ja

Blamaż na Anfield był ostatnim spotkaniem w 2018. Nie dało się wyobrazić gorszego zakończenia roku niż przegrana 1:5. Okazja do rehabilitacji przyszła już w Nowy Rok, kiedy na Emirates przyjechało Fulham. Wysokie zwycięstwo w derbach stanowiło jednocześnie dobre wejście w nowy rok kalendarzowy oraz, jak się wydawało, podwaliny pod przyszłe sukcesy. Tak się nie stało, bo po meczu u siebie przyszło spotkanie na wyjeździe z West Hamem (0:1). Kluczowy nie jest tutaj przeciwnik, ale miejsce rozgrywania meczu. Kolejna strata punktów w delegacji przywiała demony z ostatniego okresu Wengera na stanowisku menadżera. Na The Emirates była to kompletnie różna drużyna od tej poza swoim rewirem, co przy takim samym składzie personalnym było nie lada wyczynem.

Bezproblemowe ogranie u siebie Chelsea i Cardiff, a następnie bezsilność na Etihad Stadium przeciwko Manchesterowi City dokładnie to pokazuje. Ten stan odwzorowany był także w dalszych fazach Ligi Europy. Porażki z BATE na Białorusi oraz z Rennes we Francji udało się odrobić
z nawiązką i prześlizgiwać się do kolejnych rund. Drużyna Emery’ego nie potrafiła połączyć dobrych występów w Premier League z dobrymi meczami w europejskich pucharach. Ciągle zauważalne było zjawisko „coś kosztem czegoś”. Po przegranej z machiną Guardioli przez dwa miesiące w lidze spisywali się wzorowo. To wtedy mieli problemy w LE. Z kolei, gdy skupili się na Napoli w ćwierćfinale i Valencii w półfinale (komplet czterech zwycięstw), gorzej szło im w lidze.

Takim sposobem równocześnie zapewnili sobie udział w finale Ligi Europy w Baku oraz wyłączyli się z walki o miejsce dające prawo do gry w Champions League. W przypadku tego drugiego i tak liczyli się dłużej niż powinni, ale to już zasługa Chelsea, Tottenhamu i Manchesteru United. Naprzemiennie wszystkie drużyny wykładały się na ostatniej prostej i zaczęto już żartować, że żadna z nich nie chce grać w Lidze Mistrzów. Remisy z Huddersfield i Brighton oraz porażki
w Cardiff i z Crystal Palace były wtedy na porządku dziennym. Zwycięskie z tego wyścigu kulawych szczurów wyszli The Blues i Spurs, więc ostatnią nadzieją na zakwalifikowanie się do elitarnych rozgrywek była wygrana Ligi Europy.

Zacięty finał, którego nie było

Emery spotykał się z Sarrim trzy razy. Raz w przedsezonowym sparingu i dwukrotnie podczas ligowych batalii. Wszystkie były wyrównane i raz zwyciężył Włoch, raz Hiszpan, a raz padł remis. W czwartym boju mogło się zdarzyć wiele rzecy, ale tego co zaplanowało życie, nie spodziewał się chyba nikt. Dwie drużyny o podobnym potencjale i w jednakowej formie. Od początku pachniało wynikiem na styku. Biorąc pod uwagę ostatnie etapy na drodze do finału i fakt, że Chelsea męczyła się ze Slavią Praga oraz Eintrachtem, a Arsenal gładko pokonał Napoli i Valencię, można było pokusić się nawet o stwierdzenie, że Kanonierzy są delikatnym faworytem tego meczu. Jak się okazało – nic bardziej mylnego.

Pierwsza połowa owszem wyrównana, ale w drugiej Chelsea zdominowała bezradny Arsenal. Oprócz wyniku, kibiców The Gunners najbardziej mógł zaboleć występ Oliviera Giroud. Francuski napastnik, często wyszydzany w północnej części Londynu za styl swojej gry, przesądził o losach najważniejszego meczu od lat. Oprócz otworzenia wyniku meczu, zaliczył asystę i wywalczył rzut karny. Tymczasem po drugiej stronie boiska Aubameyang i Lacazette nie oddali nawet jednego celnego strzału. Kibice Arsenalu z pewnością żałowali, że tamtego wieczoru rosły napastnik nie miał na sobie czerwonej koszulki.

Przewaga The Blues była wtedy podejrzanie duża. Nie wiadomo było czy wpływ na to miał dobry plan Sarriego czy nietrafiona taktyka Emery’ego. Dziś już nie ma wątpliwości. Drużyna Arsenalu przejęła cechy swojego trenera, a mianowicie brakowało jej charakteru. Nie można było tego stwierdzić przed finałem w Azerbejdżanie, ani w jego trakcie, ani nawet długo po nim. Teraz jednak jest to jasne jak słońce. Ten klub nie wygra niczego z tym trenerem. I to nie przez brak jakościowych zawodników. Nawet nie przez kiepską grę, bo to zdarza się wielu drużynom. Nie osiągną sukcesu z powodu swojej mentalności, a to ona jest kluczowa na tym poziomie.

Projekt w połowie kompletny

Pierwszy sezon Unaia Emery’go został oceniony jako minimalny krok w przód względem ostatnich wyników Wengera. Finał europejskich rozgrywek to z pewnością jakiś argument, który to potwierdza, ale w lidze poprawili się tylko o jedną lokatę. Tak naprawdę niewiele to zmienia czy jest się piątym czy szóstym w Premier League. Może poza tym, że można mówić, że jest się lepszym niż Manchester United, ale w ostatnich latach to marne pocieszenie. Powiedzieć, że rezultat debiutanckiej kampanii w Anglii pozostawia niedosyt, to nie powiedzieć nic. Na swoje szczęście hiszpański szkoleniowiec trafił do miejsca, gdzie ludzie nie praktykują częstych zmian menadżerów. Po drugie obie strony zgodziły się na trzyletni kontrakt, więc pozbycie się Emery’ego nie wchodziło w grę.

Przeciwnie, ciekawe było jak on się spisze, będąc bogatszym w nowe doświadczenia i poznawszy nową ligę od kuchni. Istotne było też to, jaki ma plan i kogo zechce sprowadzić do klubu, a kogo wolałby odpalić. Właśnie to pole wykorzystał Unai i przyczyniając się do najlepszego okienka transferowego Arsenalu od lat, wzbudził szacunek i zaufanie fanów. Oprócz odejścia Aarona Ramseya, który już wcześniej zakomunikował, że odchodzi do Juventusu (uczucie do pieniądza okazało się mocniejsze niż uczucie do Kanonierów), nie było w tym okresie słabych punktów. Sprzedaż Jenkinsona, Koscielnego czy Iwobiego oraz pozbycie się takich asów jak Welbeck czy Elneny. Do tego sprowadzenie największego talentu ligi francuskiej oraz gwiazdy młodzieżowych mistrzostw Europy z Realu Madryt. Lato pozwalało wszystkim osobom związanym z klubem patrzeć z optymizmem w przyszłość.

Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie trzeba było rozgrywać meczów. Przyszła połowa sierpnia,
a wraz z tym początek rozgrywek ligowych. Start łatwiejszy niż rok wcześniej, bo w terminarzu widniały nazwy Newcastle i Burnley. Co prawda Arsenal zdobył w nich komplet punktów, ale styl pozostawiał wiele do życzenia, zwłaszcza w spotkaniu ze Srokami… na wyjeździe. Ładna gra miała dojść później, najważniejsze, że były wyniki. Nadszedł czas na pierwszy poważny test możliwości drużyny – starcie z Liverpoolem na Anfield Road. Po nim było już jasne, że cudów nie będzie. Różnica klas była aż nadto widoczna, a bezmyślność ekipy gości przy rozgrywaniu piłki – godna lig weekendowych amatorów.

Mając naprzeciwko siebie najlepsze ofensywne trio w lidze, pan Emery nakazał swojemu bramkarzowi bezwzględnie rozpoczynać grę od bramki na krótko. Nawet gdy przeciwnicy podchodzili już tak wysoko, że znajdowali się w polu karnym Arsenalu, nie pokwapił się do zmiany tej koncepcji. Hiszpan nie potrafi reagować na boiskowe wydarzenia, albo jest tak uparty, że co by się nie działo, będzie obstawał przy swoim. To nawet można by uznać za zaletę… gdyby nie widzieć co wyprawiają zawodnicy The Gunners. Interwencji zza linii bocznej nie było się co spodziewać. Odpowiedzialność spoczęła więc na barkach piłkarzy.

Niestety mając parodystów na najważniejszych pozycjach na boisku, nie można w pełni kontrolować przebiegu meczu. David Luiz we wspomnianym meczu z Liverpoolem zawalił po całej linii. W porządku mecz z liderem, bijącym się o mistrzostwo, da się zrozumieć – nie wytrzymał presji. Ale co zrobił Sokratis w meczu z ostatnim w tabeli Watfordem, gdy Kanonierzy wygrywali 2:0 i dosłownie asystował przy golu dla rywali, co poskutkowało w ostateczności stratą punktów? Ano do spółki z Berndem Leno posłuchali zaleceń menadżera i grali krótko od bramki. Na szczęście Luiz nie pozostawił swojego partnera ze środka obrony samego w dołku. Sprokurował kolejnego karnego, żeby wina nie spadła w stu procentach na Greka. Po raz kolejny udowodniono, że nie mamy do czynienia z poważną drużyną.

Miłe-początki-złego-czyli-Arsenal-Emery’ego-Unai-Emery Miłe początki złego, czyli Arsenal Emery’ego
Unai Emery podczas meczu pucharu EFL

Szału nie ma i nie będzie

Arsenal pod wodzą Emery’ego w sezonie 19/20 rozegrał dwa dobre mecze w Premier League, jeden w EFL Cup i dwa w Lidze Europy, chociaż to ostatnie to właściwie zasługa przebojowej młodzieży The Gunners, która jeszcze nie zdążyła przesiąknąć myślą szkoleniową baskijskiego „Draculi”. Mecz pucharowy to pojedynek z Nottingham Forrest, więc też nie ma powodów do ekstazy. Za to trzeba przyznać, że remis w spotkaniu z Tottenhamem mimo wyniku 0:2 oraz wygrana w dziesiątkę przeciwko Aston Villi zasługują na pochwałę. To jednak o wiele za mało, by uznać pracę menadżera za sukcesywną.

Po tym co Armaki z Londynu prezentują od ponad miesiąca należałoby powiedzieć kompletnie odwrotnie. Arsenal gra okropnie dla oka, bez pomysłu, ładu i składu, a nawet gdy udaje się zapunktować to przy ogromnej furze szczęścia (czyt. mecze z Victorią Guimaraes). Dodatkowo zdążył potwierdzić, że jest ekipą bezzębną, która traci decydujące bramki w ostatniej akcji meczu (czyt. 5:5 z Liverpoolem w pucharze). Jakby tego było mało w klubie rozgorzała afera odnośnie kapitana, którego wybrał oczywiście Emery. Granit Xhaka jest piłkarzem, który powinien co tydzień harować, żeby być branym pod uwagę przy ustalaniu meczowej 18-tki, a nie być pewniakiem do wyjściowego składu i nosić na ramieniu opaskę.

Szwajcar pokazał dobitnie, że nie nadaje się do tej roli i trochę odciążył swojego trenera, przyjmując na siebie część krytyki. Być może to on dzięki swojemu niesportowemu zachowaniu, paradoksalnie rzuci koło ratunkowe Emery’emu. Pytanie tylko czy Hiszpan je chwyci i utrzyma się na wodzie, czy oberwie nim w głowę i pójdzie na dno. Najbliższy kalendarz Arsenalu podpowiada, że istnieje szansa na odwrócenie karty i odrobienie punktów do czołówki. Chociaż w przypadku tej drużyny nie bardzo wiadomo czym się sugerować szukając pozytywów. Co do Emery’ego to nieoficjalnie dostał czas do końca roku na poprawę, ale jeśli już pojawiają się takie informacje, rzadko kończy się to happy endem.