Co się dzieje z Evertonem?

Czy można jeszcze uratować sezon po tak kiepskim starcie?

18. miejsce, strefa spadkowa, mocno ujemny bilans bramkowy, mniej punktów zdobytych niż rozegranych meczów. To musiało się skończyć zwolnieniem, bo Everton Marco Silvy nie wyglądał tak jakby tego chciał ktokolwiek związany z klubem. Po przegranych 2:5 derbach z Liverpoolem do mediów trafiła informacja o zakończeniu współpracy z portugalskim menadżerem. Everton jest w bardzo trudnej sytuacji, ale możliwe, że ten ruch w takim momencie sezonu się im opłaci. Skąd wynika słaba forma piłkarzy The Toffees? Jaki wpływ miał na to trener? Kto zastąpi Silvę na stanowisku szkoleniowca? I wreszcie czy uda się wrócić na swoje miejsce, pomimo wielu przeciwności losu? Na te pytania odpowiecie, gdy przeczytacie poniższy tekst.

Na fajerwerki nie było co liczyć

Marco Silva przyszedł do Evertonu wraz z końcem sezonu 2017/2018. Po nieudanej przygodzie
z drużyną Watfordu, otrzymał szansę w klubie nieco większego kalibru. Czym kierowali się prezydent klubu Bill Kenwright i dyrektor sportowy Marcel Brands, dając mu szansę poprowadzenia swojego zespołu, trudno powiedzieć. Na angielskich boiskach niespecjalnie się sprawdził, bo przed półroczną przygodą w Watfordzie, spędził jeszcze wcześniej pół roku w Hull City. Umówmy się rok od stycznia 2017 i od zatrudnienia w Hull do stycznia 2018 i zwolnienia
z Watford FC nie był specjalnie udany. Dwie drużyny i dwa nieudane projekty. Jeśli już miałbym wskazywać kolejną ekipę w karierze Marco Silvy, postawiłbym na jakiś klub z Championship. Ewentualnie kogoś broniącego się przed spadkiem z Premier League, ale na pewno nie byłby to Everton, którego aspiracje sięgają dosyć wysoko. Zespół z Liverpoolu próbuje od lat wedrzeć się do Ligi Mistrzów i co roku jest drużyną nominowaną do bycia zaraz za tymi najlepszymi. Jednak od 10 lat ten klub nie zakończył rozgrywek wyżej niż na 5. miejscu i nie był niżej niż na 11. Teraz zajmować lokatę w tym przedziale, to marzenie każdego kibica.

Cztery zwycięstwa od początku sezonu w tym żadne przekonujące. Na 15 spotkań to bardzo mierny wynik dla drużyny chcącej zawojować ligę. Zespół kierowany przez Marco Silvę nie spełniał oczekiwań, ani pod względem wyników, ani stylu gry. Chociaż nie od razu tak było. Pierwsze dwie kolejki ekipa z Goodison Park przebrnęła bez straty gola. Bezbramkowy remis na Selhurst Park przeciwko Crystal Palace traktowano nieco z niesmakiem, ale przeważnie z szacunkiem. Później przyszła wygrana w Watfordem 1:0 i sądzono, że w tym roku postawiono na pragmatyzm. Skupienie się na grze defensywnej i strzelenie jednej bramki więcej niż przeciwnik. Szybko takie podejście zostało zrównane z ziemią. Wyjazdowa porażka 0:2 z Aston Villą pokazała, że nawet beniaminek może pobić Everton i nie jest to wcale straszna drużyna na jaką się ją kreuje.

Teoria o pragmatycznym wydaniu futbolu również runęła po pokazie wesołego futbolu w meczu przeciwko Wolverhampton. Co prawda wygranym 3:2, ale przy sporej dozie szczęścia i dzięki wybornej formie Richarlisona. Pierwszy dzień września był jednak jednym z ostatnich pozytywnych momentów za kadencji Portugalczyka.

Następnie przyszła seria, która sprawiła, że Everton pierwszy raz od wielu lat zagościł w strefie spadkowej. O ile przegraną z Manchesterem City można zrozumieć, nawet gdy chodzi o mecz przed własną publiką, to porażki z Sheffield, Burnley i Bournemouth były nie do przyjęcia. Skład był optymalny, kontuzje omijały najważniejszych piłkarzy, a mimo to pozyjca klubu była beznadziejna. Już wtedy pojawiły się pierwsze głosy o podziękowaniu Silvie, ale wtedy The Toffees pokonali u siebie West Ham. Złe demony na chwilę zostały odgonione, bo drużyna Pellegriniego to przecież niewygodny rywal i pokonanie go musi dobrze wpłynąć na drużynę. Sęk w tym, że Młoty zaczynały mocno pikować w dół i wartość tej wygranej znacznie się przez to obniżyła. Marco Silva sądził, że będzie to solidna podstawa do zbudowania czegoś więcej, ale już tydzień później okazało się, że wszystko trzeba zaczynać od nowa.

Początek końca

Mecz z Brighton na The Amex to idealne podsumowanie tego jak wygląda Everton. Pierwszy gol to trafienie bezpośrednio z rzutu wolnego i niezrozumiałe zachowanie Jordana Pickforda. Później dobrze rozegrany rzut rożny i szybkie wyrównanie. Następnie przedwczesne opuszczenie boiska przez Bernarda, który zszedł z urazem, a jego miejsce zająć Sigurdsson. Islandczyk jednak jest dużo lepszym zawodnikiem, gdy gra od pierwszych minut, a gdy wchodzi z ławki, już niekoniecznie wygląda dobrze. Po przerwie trafiona zmiana Marco Silvy, który wpuścił Calverta-Lewina
w miejsce Theo Walcotta. Młody Anglik chwilę po zameldowaniu się na placu gry, dał swojej drużynie prowadzenie sprytnym strzałem. Równie szybko co sami wrócili do gry, wypuścili z rąk prowadzenie. Michael Keane sfaulował Connolly’ego  w polu karnym, a jedenastkę bez problemu wykorzystał Maupay. Jakby tego było mało w ostatnich minutach doliczonego czasu gry do własnej bramki wpakował piłkę Lucas Digne i do domu trzeba było wracać bez choćby jednego punktu.

Posada trenera wisiała na włosku i jeśli nie nastąpiłaby natychmiastowa poprawa, pożegnanoby się z nim bez żalu. Wtedy nadszedł trudny mecz z Tottenhamem, który był mocno zacięty, ale w końcu bramkę strzelił Delle Alli i „Koguty” miały wygraną na wyciągnięcie ręki. Jednak to co zabrał Digne tydzień wcześniej, oddał Cenk Tosun bramką wyrównującą w 97. minucie spotkania. Wynik tego starcia mimo dramatycznej końcówki przemknął jednak w cieniu wydarzenia z Sonem i Andre Gomesem w rolach głównych. Po tym jak Portugalczyk złamał nogę, mówiło się tylko o nim, a na dalszy plan zeszła słaba gra Evertonu. Po tych wydarzeniach The Toffees odepchnęło się od strefy spadkowej zwycięstwem z Southampton. Klub z niebieskiej części Liverpoolu niebezpiecznie zbliżył się do czerwonej kreski i trzy punkty w takim meczu były jak strzał defibrylatora podczas reanimacji.

Jednocześnie była to pierwsza wyjazdowa wygrana w sezonie 2019/2020, a że nadarzyła się teoretycznie łatwa sytuacja do pójścia za ciosem (mecz z Norwich u siebie), trzeba było ją wykorzystać. Nieoczekiwanie to „Kanarki” wywiozły z Goodison Park trzy oczka i pogrążyły Everton. Właściciel Farhad Moshiri zapytany, dlaczego nie zwolniono Silvy już po porażce
z ostatnim w tabeli Norwich odpowiedział, że nie było odpowiedniego kandydata, który mógłby go szybko zastąpić. Perspektywy na poprawę praktycznie nie było, bo miał rozpocząć się maraton śmierci. Leicester, Liverpool, Chelsea, Manchester United, Arsenal. Niespodzianek nie przewidziano. Mimo tego Silva pozostał na pokładzie dostając ostatnią szansę od zarządu.

Spotkanie z rewelacyjnymi „Lisami” nawet rozpoczęło się udanie, bo od prowadzenia Evertonu. Po godzinie gry na boisku pojawił się jednak Kelechi Iheanacho. Nigeryjczyk najpierw asystował przy golu Vardy’ego, żeby w doliczonym czasie meczu samemu umieścić piłkę w siatce i zapewnić wygraną gospodarzom. Nie najgorsza postawa przeciwko Leicester i porażka dopiero w samej końcówce pozwoliły Marco Silvie dotrwać do kolejnego meczu. Derby Liverpoolu okazały się być jednak gwoździem do trumny portugalskiego menadżera. Porażka 2:5 rozwiała wszelkie wątpliwości i Silva pożegnał się z posadą, zaliczając tym samym swoją trzecią przygodę na Wyspach, zakończoną niepowodzeniem.

Idzie lepsze, czy efekt nowej miotły?

W oświadczeniu władz klubu można było przeczytać, że po zwolnieniu Silvy, Everton poprowadzi w meczu z Chelsea Duncan Ferguson. Jednocześnie dążą do jak najszybszego potwierdzenia nowego menadżera. Ciekawe czy dalej będą szukać po tym, jak The Toffees ograli 3:1 Chelsea pod dowódzctwem tymczasowego trenera. Szkot ma tam status legendy, bo w końcu rozegrał w niebieskich barwach 11 sezonów w Premier League. Ostatnio w Anglii jest moda na byłych zawodników za sterami klubów, więc może do niedawno zatrudnionych Solskjaera, Lamparda i Ljungberga dołączy Ferguson. Po triumfie nad Chelsea w debiucie być może zarząd klubu przemyśli takie rozwiązanie. Warto jednak zaznaczyć, że nie był to odmieniony Everton, którego skład radykalnie się zmienił i który zdominował The Blues, pewnie zwyciężając w tym meczu. The Toffees posiadali piłkę zaledwie przez 30 procent czasu, a do tego strzelili dwie dość szczęśliwe bramki. Trzeba jednak przyznać, że grali przeciwko chłopcom Lamparda jak równy z równym i zasłużyli na korzystny rezultat.

Duncan-Ferguson Co się dzieje z Evertonem?

Póki co nie można się spodziewać, że nagle będą lali wszystkich jak leci. Chociaż na rozkładzie są teraz „Czerwone Diabły” grające w kratkę oraz „Kanonierzy”, którzy są w beznadziejnej formie. Wydaje mi się, że choć w jeszcze jednym meczu Duncan Ferguson powinien mieć okazję do poprowadzenia drużyny Evertonu. Jeśli znów mu wyjdzie, da kolejny argument potwierdzający jego kompetencje. Jeśli nie, klub ma już gotową listę chętnych do objęcia tej posady. Co ciekawe mogą pozostać jednocześnie przy trendzie na ikony klubowe na tym stanowisku. W mediach przewija się bowiem nazwisko Davida Moyesa, który prowadził już Everton w latach 2002-2013. Szkocki menadżer miałby mieć w swoim sztabie dodatkowo Tima Cahilla, równie dobrze wspominanego na Goodison Park. Innym kandydatem jest Portugalczyk Vitor Pereira i według SkySports – najpoważniejszym. To jednak nie wystarczy, by obie strony były zainteresowane, bo Pereira to obecnie jeden z najlepiej zarabiających trenerów na świecie i trudno byłoby go wyciągnąć z ligi chińskiej.

Tak czy inaczej dobrze się stało, że nastąpiła zmiana na najważniejszej pozycji w tym klubie. Everton ma w swoich szeregach niezłych piłkarzy i nie zasługuje na to, by tylko bić się o pozostanie w Premier League. Jednak po tak słabej dyspozycji w pierwszej części sezonu trudno spodziewać się teraz czegoś więcej. Komplet punktów na początek nowej drogi to dobra rzecz. Dodatkowo udało się wydostać ze strefy spadkowej, więc już jest lepiej niż było. Patrząc jednak na to, jak małe są różnice punktowe w tej lidze i ścisk w dolnej części tabeli, można twierdzić, że Everton się podniesie i spokojnie zakończy w środku tabeli. Za dużo meczów przegrali i za dużo punktów zgubili, by myśleć o europejskich pucharach, ale biorąc pod uwagę widmo spadku, które już zajrzało w oczy kibicom – środek tabeli nie jest taki zły. Odpowiednie poukładanie drużyny na przyszły sezon i od kolejnej kampanii znów będzie można wrócić do snucia planów o podboju Europy. A na razie trzeba nakreślić plan o odbudowaniu swojej pozycji w Anglii.